Co za dziwny dzień.
I to poniedziałek!
Raz tak raz siak.
Smyk dziś znowu wstał
za wcześnie i miał zły „nahumor” i tak nam dawał w … kość, że hej.
Tak więc matematycznie
rzecz biorąc – poniedziałek + wsciekłe dziecko + pierwszy dzień w domu
bezrobotnego Męża + kaprys Młodego, że dziś wieczorem to Mama się zajmuje Synem
= powinna być burza z piorunami i kilkunastoaktowy dramat.
Mimo to była dziś kupa
śmiechu, zabawy, przytulania, spacer, piękny apetyt Smyka, całkiem spora część zeszłorocznej
zimowej garderoby Ksawka sprzedana na allegro i postanowienie, że skoro i tak
czekają nas tylko jeszcze 3 miesiące życia (no bo ponoć trzeba szukać Arki i
wychrzaniać w wysokie góry, tak wysokie, że w Polsce nikt nie przeżyje) to
przepuścimy wszystko co nam zostało i będziemy szczęśliwi :)
Podczas kąpieli. W
końcu udało mi się namówić Smyka, żeby Go wyciągnąć z wody.
Owijam w ręcznik z
uszami, daje lusterko i mówię:
Ja: Zobacz jakie masz
uszy!
K: wyglądam jak Cesiu… (podsłuchane kilka
godz. wcześniej)
Chwilkę później –
K: splawć czi juś
wystygłem?
Tekst z rana:
K: Co za bałagan! W dużej
głowie się mieści!!!
Odmiana rzeczowników:
Ta kaczuszka, ten
kaczuszk
Ta przeszkoda, ten
przeszkód
Wczorajsza wycieczka do Muzeum Lotnictwa:
Park AWF, krótki
spacerek/rowerek






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz