Cały czas oswajam temat, póki co wiem, że są przedszkola, będące działalnością gospodarczą o nazwie „przedszkole”(mogłyby się zatem równie dobrze nazywać ciocia Klocia, piekarnia u Felka, kwiatki Broni itd.) i są te, które mają nad sobą teoretyczny dozór kuratorium.
Przyznam, że byłam zielona w temacie. Nawet nie sądziłam jak bardzo. Owszem, słyszałam tu i tam, że państwowe lepsze mimo wszystko, ale mnie się państwowe kojarzyło z moim przedszkolem, którego szczerze nienawidzę do dziś – począwszy od samego wyglądu budynku i okien, poprzez układ sal, szafek, buty pań woźnych i ich „podomek”, aż po zapach spalonego mleka, pokruszoną „porcelanę” SPOŁEM i samotne siedzenia przy stoliku, kiedy raz po raz przełykając łzy gryzłam twarde stare skórki od chleba, których nie umiałam pogryźć…
Moja przedszkolna trauma i oczywiście stanę na głowie, a nawet na uszach jeśli będzie trzeba, żeby moje dziecko nie miało podobnych skojarzeń na następne 30 lat.
Pierwsze wnioski:
1) warunki lokalowe – tu nie ma co dyskutować, prywatne upchane w mieszkaniach, domach, byłych usługach typu sklep spożywczy nie mają jak podskoczyć państwowym („ nasze” przedszkole nie odbiega, sale są w mieszkaniu i mają na oko nie więcej niż 15-20 m2 czyli takie jak nasz mikroskopijny saloon i przebywając w takim pomieszczeniu tylko 3 godziny, w grupie ok. 15 osób - dostać można lekkiej korby, czułam się faktycznie zmęczona i nie chciałabym tam spędzać 8 czy więcej godzin)
2) panie nauczycielki harują od 7:00 do 17:00 (tak działa przedszkole), nie ma zmian, bo do każdej grupy przypisana jest jedna pani z tytułem mgr, a druga jest pomocą z wykształceniem innym lub bez. W przedszkolach Państwowych są zmiany i Panie pracują max 5 godzin dziennie (pomijając zastępstwa itd.)
3) W prywatnych przedszkolach nastawionych na zysk dzieci przyjmowane są do oporu, cały czas, nie ma zamykanych list. Upycha się je jak ludzi w azjatyckim w metrze. W państwowych są w miarę stałe grupy.
4) W prywatnych ponoć często zdarza się brak zasad i dyscypliny – no bo jeśli największym łobuzem jest dziecko tych najhojniejszych rodziców no toż przecież nikt się kury znoszącej złote jaja nie pozbędzie, ani nawet drażnić uwagami nie wypada.
5) Jedzenie – opinie różne, ja widziałam co w prywatnym dają dzieciom na deser – „zdrowiutkie”, naszpikowane chemią, nic nie wnoszące do diety, ciacha z dyskontów, po złotówce lub po 2 zł (za opakowanie oczywiście!), a herbatka z piątego parzenia, zlana pewnie z tego, co inne dzieci nie wypiły no i zimna oczywiście.
Na dziś to tyle.
Polecam lekturkę:
PRZE-RA-ŻA-JĄ-CE!
http://www.przedszkolak.pl/forum/index.php?dzial=0&kategoria=1&query=2&grupa=3&ktory_id=5694
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz