Weekend rodzinnie, troszkę momentami
nerwowo z powodu nawałnic, ale zaliczony na „+”
Ksawek zdecydowanie odczuwa obecność i
Mamy i Taty, sam pilnuje, żebyśmy byli oboje na każdym spacerku – widać jego
autentyczną radość ze spędzonego wspólnie we trojkę czasu i to jest
niesamowicie miłe :)
W niedzielę wybraliśmy się w dalszą
podróż w miejsce, gdzie Mama spędzała w dzieciństwie większość swoich wakacji.
Polska wieś, już może nie taka, jaką tam pamiętam, ale mimo zmian i tak pełna
uroku, niezbyt mocno naruszona cywilizacją.
Troszkę szkoda, że Smyk nie może
zobaczyć prawdziwego gospodarstwa tętniącego życiem ludzi i zwierząt, ale i tak
tylko tam może zrywać jabłuszka prosto z drzew i pierwszy raz widział jak rosną
ogórki i słoneczniki :), a Mama pozwala Mu biegać na bosaka po mokrej trawie, moczyć
ubranie, chlapać wodą, biegać, krzyczeć, wspinać się na schody. Tam też miał ciocię
i wujka, których męczył sobą :) i za to, że dali się pomęczyć Smykowi - cioci i wujkowi baaardzo
dziękujemy!
Jak to Smyk recytuje ze swojej
książeczki:
„sianokosów przyszła pora!
Jest zadanie dla traktora!”
To nasz późny powrót, Ksawek słodko zasnął,
a my walczyliśmy z nawałnicami, bo w tych najgorszych momentach kompletnie nie
było gdzie zjechać. Po lewej stronie drogi było zupełnie czarno i pioruny
latały jak oszalałe. Potem się okazało, że w niedalekiej okolicy drzewo zabiło
w aucie jedną osobę. Grrr, było naprawdę strasznie…










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz