Ten, kto wymyślił
listopad, krótkie szare, mokre dni, ten chyba miał zdrowo nierówno pod sufitem.
Dzisiaj już nie wiem
jakich słów użyć, żeby określić to, co chciałabym na ten temat dosadnie
wyrazić.
Mam tak dość, że moim
największym dziś marzeniem jest wyjść do najdroższych na świecie osiedlowych
delikatesów i kupić mięso na jutrzejszą zupę dla Ksawka.
Czekam z największą
niecierpliwością na powrót Taty.
Ile można siedzieć
zamkniętym w domu, w obcym mieście, z dzieckiem póki co bez perspektyw na
normalne przedszkole?
Można pewnie wiele, ale
ile można, żeby nie zwariować?...
A może ja już dawno
stan zwariowania mam za sobą? Całkiem możliwe.
Zakatarzone dziecię
łazi za mną krok w krok i jęczy. Próba zajęcia Go czymkolwiek kończy się
maksymalnie 2 minutami zainteresowania. Tu akurat zakatarzenie nie ma
znaczenia, bo tak jest zawsze. Nic, kompletnie nic już Go nie interesuje,
malowanki, kolorowanki, wyklejanki, budowanie, układanie, memory, tablica,
bajki na rzutniku, piłki, miski, książki... Dzisiaj nawet resoraki i bajki w TV
ma w głębokim poważaniu.
Jest tak nudno, że mój
niejadek zapytał czy może drugi raz zjeść obiad (!?!), dla zajęcia czasu
poszedł też zrobić osobno siku, osobno kupkę. Poważnie!
Oddajcie nam ciepło,
słońce i długie spacery!!!!!!!!!!!!!!!!!
Gdybym mieszkała w
normalnym mieście, mogłabym wyjść wieczorem gdziekolwiek, choćby do kina, do
galerii, do muzeum, do knajpy, do znajomych, odreagować, a tu...? Pójdę sobie
po mięso, jeszcze tylko 2 godziny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz