Zaległości blogowe.
Żadnej konkretnej przyczyny,
poza moim osobistym „nicmisięniechciejstwem”.
Święta w tym roku były
jeszcze krótsze niż rok temu. Gdyby nie świąteczne jedzenie, nie wiem, czy bym
je zauważyła. Nawet gdzieś w czeluściach zapisków w drugim kompie jest depresyjny
zapis wspomnień tuż-poświątecznych. Nie doczekał się publikacji. Może to i
lepiej.
Ze Smykiem
odwiedziliśmy ponownie ul. Franciszkańską, w celu zobaczenia rozsławionej żywej
szopki i znowu jakoś poza 2 lamami stojącymi w małej zagródce na uboczu, gdzie
tysiące po prostu ludzi „żurawiło” szyję w celu ich obejrzenia, nie było nic. Kiszka.
Po prostu. Za rok zmiana krótkotrwałej tradycji.
Czując niedosyt odwiedziliśmy
bożonarodzeniowy kiermasz na rynku. Matce oczy się zaświeciły jak zobaczyła
słodki rarytas – owoce wszelakie w różnych czekoladach nadziane na patyczki... Mniaaaam!
Kupiła sobie Matka gruszkę za 8 PLN i cóż za rozczarowanie! Zimna, ze skórą,
czekolada się pokruszyła i odpadła, blee…
To tyle, jeśli chodzi o święta :)
Razem z grudniem
zakończył się sezon prezentów dla Ksawka, który przekracza wszelkie granice
przyzwoitości ze względu na natężenie w czasie :) (imieniny, Mikołajki,
Aniołek w wigilię i urodziny…)
O urodzinach za chwilę...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz