Ja dzisiaj wymiękłam.
Wysłałam chłopaków na
spacer – pojechali puszczać latawiec, bo tu u nas na osiedlu wiało tak, że hej.
Po godzinie dzwoni Tata
i przez zaciśnięte zęby mówi, że wracają, bo ma dość Smyka.
No i okazało się, że dziecko
miało w nosie latawiec, a trawa na tyle go drażniła, że nie chciał grać w piłkę
ani nic innego robić, powiedział, że chce do domu...
Po drodze obiecał
Tacie, że zje ładnie na kolacje klopsika.
Grzebał, grzebał,
zaczął ryczeć, że woli nie jeść.
Mój krzyk, jego łzy,
moje łzy.
Wywrzeszczałam, że nie
będzie jadł do śniadania nic.
Popatrzyłam w te
wielkie zaryczane oczy i wymiękłam. Zapytałam, czy jest głodny i czy zje kromkę
z szynką. Potwierdził. Zrobiłam. Zjadł może 3 „żołnierzyki” i powiedział, że
już nie chce...
Za karę nie dostał
mleka na noc i nie obejrzał jak zawsze ukochanej Dory.
Nie protestował.
Znowu.
Czyja to porażka?
Skąd brać siłę na to i
na wszystko inne co się wydarza w naszym życiu?
A to wczorajsza
przejażdżka jeepem, ale bez szału, Ksawek średnio zadolowony....:/

Nie wymiekaj, musisz byc twarda, on kiedyś bedzie głodnym, nie może Was ustawiać. A tu drugie maleństwo też Was bedzie potrzebować, wypoczetych, i mama musi byc spokojna bo dziecko czuje stres.Tata musi dać z siebie 300% normy.
OdpowiedzUsuń