Tak, oczywiście
ziściły się moje najgorsze obawy, wylądowaliśmy w szpitalu. Tym razem w
Żeromskim. Pani doktor (ta prywatnie) jak usłyszała, że Ksawek 5 dobę bez
poprawy, mało tego jest gorzej, bo leży i nic nie chce jeść i pić i znowu ma od
rana 39,5 stopni kazała nam bezdyskusyjnie jechać na izbę...
Po podaniu kolejnego
nurofenu dziecko ożyło i na izbie zachowywał się jak wariat. Pacjent nie
wyglądał na chorego. Lekarka przyjmująca powiedziała, że skoro gorączkuje już
tyle to nie ma się nad czym zastanawiać (dzień później lekarka prowadząca
spytała mnie po co w ogóle go przywiozłam...).
Jednak nos
kompletnie się zatkał i już w nocy w szpitalu przestraszyłam się nie na żarty,
aż zawołałam lekarza, żeby to sprawdził, bo Smyk charczał na cały oddział i
miał konkretne bezdechy. Pani doktor powiedziała, że to norma przy takich
ostrych stanach zapalnych.
Miał też bardzo
powiększone węzły chłonne szyjne. Wszystko sugerowało, że to trzeci migdał i
tak też było. Przyjęty z podejrzeniem anginy, wypisany z ostrym zapaleniem
migdałów.
Dziś myślę, że
byliśmy w szpitalu niepotrzebnie, bo po 3 dawce antybiotyku wszystko się
uspokoiło. Zabrałam Go na drugi dzień popołudniu do domu na żądanie. Moja
obsesja zarazków mnie przerasta i nie mogłabym tam dłużej leżeć, tym bardziej,
że tam nie ma dzieci zdrowych nie zarażających jak na oddziale alergo, a my na
sali leżeliśmy z zapaleniem płuc.
Tyle dobrze, że
przebadali Go na wszystkie strony, miał też konsultacje laryngologiczną i ten
migdał mamy do kontroli i obserwacji.
Okazało się też, że
Smyk jest kompletnie głuchy na to ucho po zapaleniu i ma korek z woskowiny na
maxa. Pani doktor była u nas w domu w pt, zaglądała mu wziernikiem do ucha i
miał wg niej czyściutki – dziwne, bo ten korek jest widoczny dla gołego oka bez wziernika i dziecko mi się męczy, bo nie słyszy.
I tak sobie
rozmawiamy:
Ksawek: Mamo, zrobiłem strzelak!
(pistolet), położę Ci na
wystawie (jak w
przedszkolu)!
Ja: a gdzie ta wystawa?
Ksawek: bedzie działał, będzie!
Rozpuszczamy to od
wczoraj kropelkami, laryngolog w szpitalu chciała Mu to usunąć, ale Smyk sobie
nie pozwolił.
Smyk drugi dzień był
w szpitalu z babcią i dziadziusiem. Ja musiałam być z Leo, a Tata w pracy...
Wypis mogłam zrobić
tylko ja, więc LEOŚ pierwszy raz w swoim życiu został sam z „obcą” osobą.
Babcia miała stresa, ale dała radę i Leo nawet nie zapłakał, a babcia zrobiła
mleczko, nakarmiła, wybawiła :)
Nienawidzę szpitali
do granic możliwości, ale jak na nie wyremontowany oddział było całkiem
przyzwoicie, personel bardzo miły i pomocny. Ksawek to nawet przez chwilę
stwierdził, że Mu się tam bardzo podoba i latał po korytarzu, grał w gry na
dotykowym panelu lub oglądał bajki w tv na sali :).
Mimo wszystko, nigdy
więcej! Oby!
PS. Teraz mnie rozkłada...dawno nie czułam się tak obolała, boli mnie każda kość i mięśnie, gardło, mam dreszcze, gorączkę. Czy my kiedyś przestaniemy chorować???

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz