Od 2 tygodni trwa koszmar
niejedzenia i głodówek
....Kar, krzyków,
płaczu, wicia się po podłodze, przypominania po 1000 razy „jedz” gdy już siedzi
nad talerzem, żucia, glamania, połykania łez, negocjacji, pytań „mogę tylko
polizać?”, a co dostanę jak poliżę? A jak nie to co? A ile jeszcze łyżek?, czy
muszę jeszcze jedną?...
I warunek – każda zupa
musi być z groszkiem ptysiowym. I oszukuje....je tylko groszek, wsypuje po 20
sztuk, zje bez nalewania na łyżkę zupy i po chwili twierdzi, że jest najedzony.
Ponieważ najadał się
właśnie gdzieś w między czasie np. gęstym sokiem typu Kubuś (a wypija ich
ostatnio tak dużo, że zaczął być pomarańczowo-żołty), ptysiami albo mlekiem dla
niemowląt z kaszką dla niemowląt.
Mleko pił rano i
wieczorem. Od 2 tygodni pił tylko rano, a od 2 dni nie pozwalamy Mu w ogóle. Tylko
jakie wapno w zamian...? sztuczne? Chemiczne? Skąd te Jego kości mają być
silne?
Jesteśmy bardzo
zagubieni w tym wszystkim. Nie mamy pomysłu co lub kto mógłby pomóc,
próbowaliśmy już chyba wszystkiego.
Widziałam kiedyś w
brytyjskiej Supernianii chyba siedmiolatka, który wymiotował każdym okruchem
jedzenia, który wyczyniał takie cuda jak nasz przy stole, który miał takie samo
obrzydzenie na twarzy na widok jedzenia.. Czasem na prawdę czuję się jak matka
anorektyka.
Totalna bezsilność,
przewaga dziecka nad nami. Nic kompletnie Go nie rusza. Może oddać wszystkie
ukochane telefony, nie jechać do dziadka na co tak czeka zawsze, nie oglądać
Mai – byle nie jeść.
Co będzie jeśli się zagłodzi?...będziemy
Go dowozić co kilka tygodni na szpitalne podkarmianie dożylne...? nie wiem, ale
to odbiera radość, chęć, zapał do czegokolwiek.
Psuje atmosferę,
zakwasza, niszczy, odwraca uwagę od tego co miłe, albo po prostu to przysłania.
Ja osobiście nie mogę już być tym bardziej zmęczona, moje zmęczenie i
udręczenie tym tematem osiągnęło poziom krytyczny.
Każda odmowa jedzenia
ze strony Leona wzbudza we mnie lęk.
A teraz bracia dają w
stereo po garach – nie jedzą, marudzą, a młodszy się non stop drze, szarpie
mnie, bije, rzuca miskami, jedzeniem, szczypie – jednym słowem TERRORYZUJE.
Jest straszny w tym,
bezkompromisowy i hałaśliwy.
Dziś Jego bycie
nieznośnym osiągnęło apogeum, ale chyba dwójki Mu wychodzą.
Jego ząbkowanie to
absolutny koszmar.
Dziś wył tak, jak w
szpitalu – cały dzień, minuta po minucie – „ajajajajajajajajajajajaj”.
Kiedy udało nam się
wyjść na ten upał na chwilę, wzięłam ich do jedynej w okolicy piaskownicy,
gdzie zawsze jest cień.
Piaskownice mnie
obrzydzają, tym bardziej takie jak tamta dziś – pełna śmieci.
Na ułamek sekundy
odwróciłam głowę i popatrzyłam na Ksawka, by w tym samym ułamku milisekundy Leo
wrzucił do paszczy całą garść mokrego piachu!!! Łzy mi poleciały ze złości.
Darł się oczywiście
przy tym, krztusił i dusił musiałam mu to wyciągać nawilżanymi chusteczkami,
wszyscy się gapili. Jedna babcia nawet wysiliła się na komentarz – widzi pani,
gdyby to się niani przytrafiło to byłaby pani pewnie na nią bardzo zła, a tu
proszę! I przy mamie się zdarza! Grrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!!!
Potem chciałam Mu dać
pić, bo pije ogromne ilości w te upały, a ten mi cisnął to o piasek i wszystko
znowu brudne...
Oprócz tego w takie dni
działa prawo Murphy’ego ze zdwojoną siłą. Wszystko się wylewało, wysypywało,
dzieci się obijały, przewracały, Leon podłożył łapy do lodówki i Mu je boleśnie
przytrzasnęłam...
Do tego Tata dziś
zaczął nową pracę, a Mama już traci nadzieję na powrót do pracy.
Plan był taki, że
wracamy z wakacji (lub nie wracamy :)) i ja szukam pracy tam lub ewentualnie
tu. No. To wróciłam....
Wczoraj w nocy przy
kolejnej stercie prasowania (z czego 1/3 już znowu jest w praniu!!!!) oglądałam
starą komedię polską „Komedia małżeńska” – ojjjjj, ja już drzwi otwierałam,
żeby się „przefarbować”!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz