Było co raz gorzej. W
czwartek Tata musiał ścigać po osiedlu Smyka i siłą na rękach zanosić Go do
placówki.
Dramat.
Jest też dramat nerwowy
w nocy, straszne jest to, co się dzieje z naszym synem.
Ja po czwartku
wymiękłam...
Poszłam po południu na
zebranie – bite 3 godziny!
Wróciłam jak było
ciemno.
Sprawy organizacyjne –
jeszcze sporo czasu zanim to ogarnę.
Sprawy pedagogiczne – jedna
pani wychowawczyni cudowna, ciepła, z ogromnym widać doświadczeniem, druga
nowa, przestraszona, robiąca jakieś eksperymenty na naszych dzieciach dla
swoich awansowych pewnie potrzeb (to mi akurat nie przeszkadza, bo przynajmniej
dzieci na tym akurat skorzystają). Ta druga jeszcze zagubiona, poplątana,
zestresowana i to jest wkurzające, bo z jednej strony rozumiem, że wyskakuje
przed szereg w celu zaimponowania pani dyrektor, ale dlaczego w związku z tym
ja dostaję od niej reprymendę za nieużycie domofonu, o którego istnieniu nie
wiedziałam, dlaczego nie przytula mojego syna, kiedy ten tego bardzo potrzebuje
i w końcu dlaczego Smyk chodzi w rozpiętych butach po podwórku, w cienkiej
bluzeczce bez apaszki, którą Mu przyszykowałam i z podkoszulkiem wychodzącym ze
spodni i gołymi plecami na wietrze...?
2 godziny po powrocie z
przedszkola nagle Ksawek dostał mega kataru z żółtą wielką niespodzianką,
która przy kichnięciu wyskoczyła Mu z nosa i zwisała do końca brody....Pobiegłam
z nim do lekarza – naszej nie ma, a ta druga na ½ etatu nie przyjmie nikogo
więcej.
Poszłam dzień później
popołudniu do jakiegoś szamana na zastępstwie. Wizyta trwała ponad 30 min i NIC
z tego nie wyniknęło, bo pan doktor chyba nowy w polskim kraju i nie znał
składu podstawowych leków na przeziębienie, a na większość moich pytań,
przewertowawszy 3 podręczne encyklopedyjki, odpowiadał – „szczerze powiedziawszy nie wiem,
poddaję się”.
Dziś objawy choroby
wykazał Leon...
Zamiast wizyty dziadka,
babci i cioci przyjechał do nas pediatra.
Póki co w miarę nie
groźnie to wygląda u obu, jednak u Leośka kaszel może sugerować co innego, a u Ksawka jest tajemniczy ból gardła "tam w środku, jak przełykam", którego nie widać przy zaglądaniu do paszczy. Albo więc krtań, tchawica, albo symulacja choroby w obawie przed przedszkolem, bo ten niby ból nie przeszkodził Mu w dość głośnym śpiewaniu i tańczeniu, a zapewnieniom, że jest bardzo chory i nie może chodzić do przedszkola, nie było końca...
Mam wszystkiego po
kokardki.
ps. Leoś wczoraj skończył swój pierwszy miesiąc życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz