Sobota, w miarę fajna
pogoda, słoneczko...
O godz. 14:00
zaczęliśmy się zbierać na spacer.
Była potrzeba zrobienia
większych pilnych zakupów, więc Tata stwierdził, że szybko pojedzie od razu.
Mama w międzyczasie
dokończyła obiad, nakarmiła Starszaka, potem siebie.
Przygotowałam ubrania
dla nas, i zrobiłam wszystkie inne rzeczy związane z wyjściem na pole.
Tata wrócił po 16:00, Junior
obudził się na ok. 45 min. przed karmieniem. Zanim Tata zjadł, rozpakowaliśmy
zakupy, przyszła prawie pora karmienia Najmłodszego.
Nakarmiłam. Wcześniej
musiałam całego przebrać, bo się zasikał i pielucha nie dała rady.
W trakcie karmienia, Junior
postanowił uwalić wielką dwudniową kupę.
Znowu przebieranie,
mycie itd.
W końcu wyszliśmy po
17:00.
Słońce zaszło, zrobiło
się zimno, tuż za blokiem jeszcze zainfekowany (drugi tydzień!!!) PrawieCzterolatek
zrobił nam kolejną awanturę o to, że on chce na plac zabaw i że mamy Mu
natychmiast przynieść z domu zabawki. Zaczął wyć jak opętany tym swoim
zachrypniętym głosem.
Umowa była inna, że delikatnie
spacerujemy, a On idzie przy wózku. Z powodu zimna i głośnego braku
porozumienia, okrążyliśmy blok i wróciliśmy po 10 min do domu...
Mój Tata zawsze
powtarza:
Kto ma pszczoły ten ma
miód, kto ma dzieci ten ma smród.
Ano.
PrawieCzterolatek w stylizacji własnej (wg mnie a la Majkel Dżekson, gdyby jeszcze ta apaszka była na nosie, wg Taty, szkoda gadać :P)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz