Moja lista blogów

wtorek, 3 stycznia 2017

Zakończenie rozdziału 2016 r.

Znowu wzięłam się z wielkim bólem za próbę napisania tego, co wydarzyło się przez miesiąc...
Nie sposób.

Czasu mniej i mniej, czas też ciągle przyspiesza, mija szybciej niż wczoraj.
Ogólnie rzecz biorąc, to siedzimy w domu od blisko 2 miesięcy, a leków mieli tyle, że nie starczało mi dnia, żeby robić coś innego niż paniczów obsługiwać.
Same inhalacje w najgorszym momencie po 3 na dobę sterydem (obaj) plus solanką zajmowały pół naszego dnia.
Leo złapał w połowie grudnia jakiegoś syfa - wirusowe zapalanie ropne spojówek (znowu), kaszel i mega katar  (większy niż ten permanentny od września) + gorączka i w gratisie jakieś pleśniawki na migdałkach.
Potem skojarzyłam pewne fakty i złapał to ewidentnie od Ksawerego, więc znowu jestem wkurzona tym bardziej, bo przez głupotę dyrektora szkoły mamy kolejny raz cyrk w domu.

W między czasie trafiliśmy w niedzielę prywatnie do lekarki z "naszego" szpitala (nasza lekarka wyjechała) i ....łoooooo matko! co ona nawypisywała! jakie teorie uknuła, jak po chamsku jechała po tej naszej alergolog - koleżanki z pracy niegdyś, uciekliśmy z krzykiem, a ona koniecznie chciała nas na stałe, bo odkąd zrezygnowała z bycia ordynatorem w szpitalu to przyjmuje tylko w domu. Na siłe - umawiała nas na kontrole co 2 dni, a na recepcie wypisała nam leków za 350 pln!
Połowa z nich byłaby tańsza o 90% gdyby Pani doktor miała umowę z NFZ.
Do tego na dzień dobry, zanim cokolwiek powiedzieliśmy, uprzedziła, że da dziecku antybiotyk bo to zbawienna moc.
No i tym sposobem Leo otrzymał 5ty antybiotyk w tym roku....
Ksawery przez chwilę (tydzień) chodził dzielnie do szkoły dzięki pomocy cioci Sylwii (mama kolegi odbierała Ksawka ze szkoły) i potem zaczął atak kaszlu - 2 dni nie mógł biedny nic powiedzieć ani zjeść, bo tłukło Go okrutnie non stop. Potem po setce inhalacji i syropków kaszel złagodniał, ale brzmi jakby się wydobywał z czeluści.
Potem była wigilia i okazało się, że plany się wszystkim zmieniły poza nami, a że my musimy się oczywiście dostosować.
Do tego stopnia, że w drugi dzień świąt zostaliśmy zaskoczeni obecnością cioci i wujka, chorych na zapalenie oskrzeli...ale to ja oczywiście przesadzam i jestem przewrażliwiona.
Może i jestem, ale mam prawo - to ja wiecznie siedzę uwięziona w domu, nikt nie pomyśli, żeby mi pomóc, chociażby wpaść na chwilę na kawę i odciągnąć myśli od nebulizatorów, syropów, miarek, gorączek, obrzyganych ścian, ropiejących oczu, posikanych majtek i rujnowania przez dzieci mieszkania z nudów i totalnej korby.
Koniec.



Teraz z innej beczki:)

Leo rozwija swoją mowę w sposób mocno uroczy. Mówi czasem bardzo niewyraźnie, ale brnie do przodu to najważniejsze.
Zamiast "zszedłem" jest "zejdziałem", zamiast poszedłem" jest "pójdziałem", płyniemy "łocią", bo jest "łuć" a nie "łódź", "zafka" zamiast "żyrafki", "Kawuś" zamiast "Ksawuś", "kep" zamiast "sklep", "tlójkokocik" zamiast "trójkącik", "kabin" zamiast "karabin" - tego jest mnóstwo, które często gęsto wypowiadane są w magiczny sposób jednorazowo, zapominam zapisać i klapa...

Podczas przytulania mówię do Misia:
tak szybko rośniecie Smyki, co ja zrobię, do kogo się przytulę jak będziesz duży?
Leo: "nie maltw się mamusiu, ulodziś sobie nowego dzidziusia, a ja będę duzi i będę mocno kopał kamyki ręką i nogą!"

albo

Leo (głaszcząc mnie po buzi): "chciałbym, ziebyś była moją psitulanką!"


Długo też nie wiedziałam o co chodzi z wyrazem Toyota.
Otóż Miś "zjada" pewne przedrostki lub litery - np. literkę s.
Zawsze kiedy pokazywał na parkingu toyotę mówił - "JOTA".
Wszystko stało się jasne, w chwili gdy Leo pokazując na kibel powiedział "ALETA".
Myślał po prostu, że jak ktoś mówi "toyota" to ma na myśli "to (jest) jota", to(jest)aleta".


Różne też nowe zagadnienia Go interesują i pyta:
a co się dzieje jak się kogoś "nabije"? (czyli zabije)
Czy dzidzia w brzuszku ma lornetkę?

lub mówi:

"chciałbym mieć zionę!"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz