Rośnie nam mały wegan.
Ostatnio na zakupach w
sklepie mięsnym podsłuchał jakie mięsko Mu kupuję
(tak na marginesie – tu
pod blokiem mam sklep, gdzie nie muszę zamawiać kilka dni wcześniej filetu z
indyka, tylko codziennie są różne części indyka, do tego 2 x w tygodniu królik,
wszystko na miejscu świeże mielą – raj! :) )
No i się zaczęło...
A czy szyneczka też jest
ze świnki, a czy kotlecik Jego ukochany też, a po co te kości dla pieska i jak
to, że nie dla pieska itd.
Tłumaczę Mu, że tak to
już jest, że zwierzątka dają nam różne swoje „produkty” i np. kurka daje nam
jajka etc. Po tych moich wywodach, Ksawek spuentował:
Mamusiu a co ja mam
zrobić, zieby to moje jedzenie nie było od niczego?
Dziś z kolei widzi w TV
jak łowią ryby. Zaczynamy rozmowę, bo Smyk zdziwiony, że te ryby łapią na
wędkę. To Mu mówię w żartach – a myślisz, że Twoje
ukochane rybki SOLE lub paluszki rybne to na drzewach rosną? Też trzeba je
złowić wcześniej.
Smyk zdecydowanie
obruszony odparł, że jego rybki są ze sklepu i nie mają oczu.
Ja już tematu nie
ciągnę, bo jak mi dziecię przestanie jeść rosół z kury, wędlinkę, kotlety
schabowe i ryby to będzie żyło „mleckiem na recepte z apteki” i” hejbatką z
cytlynką”.
***
Upały. Nienawidzę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz