Moje dzieci nigdy nie przestaną chorować, my również, a
wzmacnianie odporności to ściema.
Jak pierwszy rok Ksawka przedszkola chorowaliśmy wszyscy
non-stop, to słyszałam:
Zobaczysz, Leo się teraz wychoruje to w przedszkolu nie będzie
chorował...
Bullshit.
Póki co był może 2 tygodnie, jutro ma pasowanie na
przedszkolaka, od 5:00 rano wymiotuje, a o 18:00 miał gorączkę prawie 40
stopni.
Tym razem Ksawek przywlókł syfa ze szkoły.
W czwartek po szkole mówił, że go boli brzuch, a potem zaczął
rzygać.
I tak całą noc.
A ja potem miałam kilka dni prania, sprzątania, wietrzenia itd.
W nocy z niedzieli na poniedziałek rzygać zaczęłam ja i rzygałam
do 11:00, od 15:00 rzygał Tata, a dziś od 5:00 Leo.
A pan dyrektor w szkole mojego syna nadal uważa, że dzieci nie
muszą mieć mydła w łazience, bo większość polaków nie myje rąk po wyjściu z kibla i jakoś żyją.
Tak! Dyrektor szkoły!
SZLAG MNIE TRAFIA!
Wczorajszy dzień wyjęty z życiorysu. Kompletnie.
Ostatni raz wymiotowałam ponad 10 lat temu.
Bolało mnie wszystko i nie miałam siły przejść z pokoju do
kuchni (czyli jakieś 2 metry).
Dzieci się ogarniały wczoraj same. Dobrze, że tata zdążył
jeszcze "przed" odebrać dzieci ze szkoły i przedszkola, a potem już
leżeliśmy w bezruchu razem.
Masakra, na prawdę, koszmar....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz