Mama cierpi na
kompletny brak czasu, co niektórym wydaje się dziwne.
Ostatnio usłyszałam od
bliskiej osoby, że ja jako „siedząca” w domu nie robię przecież nic i dlaczego
mam za to pobierać od państwa pieniążki. Oczywiście uwaga o tym padła z ust
kogoś, kto nie ma dzieci i nie pracuje nigdzie na stałe , bo nie musi :)
Gdyby to nie była tak
bliska osoba, kłóciłabym się, bo to jest do granic możliwości stereotypowe
raniące mnie osobiście i bezpośrednio myślenie.
Czuję się 100 x
bardziej zmęczona, niż po „normalnej” pracy, ale co ja będę się tłumaczyć. Kto
ma dzieci to wie, jaka to ciężka praca.
Do sedna.
Smyk przetrzymany do
końca poprzedniego tygodnia w domu, żeby zaliczyć jeszcze wyjazd do Rabki w weekend
(zaliczony!), poszedł od poniedziałku do przedszkola. Pierwszy dzień – znowu jak
we wrześniu – darcie, krzyki, płacz.
Na szczęście szybko się
przystosował i już na drugi dzień odebrałam Go nieziemsko spoconego (nie
pozwolił sobie zdjąć kurtki, było 22 stopnie, ale mama mówiła, żeby zapinał
kurtkę...:P) bo gonił się i bawił z dziećmi, więc z tego powodu jestem
baaaaardzo zadowolona, co nie znaczy, że co chwile nie patrzę na Niego podejrzliwe
i nie sprawdzam Mu czoła. :P
Muszę przestać.
Leo wykańcza nas swoim
marudzeniem i nadal nie ma ani jednego zęba!
Za to podczas łażenia
za mną i ciągnięcia mnie za nogawki chyba powiedział dziś MAMA :)
Postaram się nadrobić
zaległości, ale tak wiele rzeczy mi umyka bezpowrotnie :((((
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz