W tym roku Ksawery 3 x
dmuchał świeczki:
W dniu urodzin 29
grudnia, w dniu przyjęcia dla rodziny, oraz tydzień później dla kolegów z
przedszkola.
Obie imprezy były
bardzo miłe, aczkolwiek ta pierwsza dużo spokojniejsza :)
Ksawery dostał po
prostu górę prezentów.
Byli: babcia Krysia z
dziadkiem Zbyszkiem, ciocia Marta z wujkiem Miśkiem i wujek-tata chrzestny
Wojtek.
Na przyjęcie dla
kolegów Ksawery przygotował samodzielnie zaproszenia.
Zaprosił 6 kolegów i
wszyscy przyszli :)
Byli: Tomek, Max, Przemek,
Oskar, Staś, Kacper, Ksawery no i Leonek (który również otrzymał pisemne zaproszenie
od brata i to był pomysł Ksawusia).
Dziewczyn nie było, bo
tylko jedną Ksawek lubi najbardziej, ale ponieważ powiedziałam Mu, że trzeba
zaprosić też koleżankę tej koleżanki, żeby nie czuła się źle, okazało się, że
tej drugiej to Ksawek nie lubi no i sprawa się rozwiązała sama.
My z Tatą
przygotowaliśmy kilka konkursów w razie W, a babcia bardzo nam pomogła
kulinarnie i organizacyjnie (ja byłam w pracy dłużej niż miałam być…).
Nasza impreza
urodzinowa była pierwszą z pierwszych i w ogóle nie wiedzieliśmy jak się za to
zabrać, wiele kwestii budziło nasze wątpliwości.
Na początku myśleliśmy o
wynajęciu jakiejś Sali, ale ceny oraz zdecydowany sprzeciw Solenizanta szybko
nam to wybił z głowy, tak więc pozostało nasze 40m2.
Moje obawy podsycał
fakt, że wszyscy koledzy poza jednym, raczej nie należą do spokojnych, a raczej
do tych, z którymi same panie w przedszkolu średnio sobie radzą na różnych występach publicznych;).
Po rozmowach telefonicznych odbytych z każdą mamą
miałam nie mniejsze lęki :P
Nie wiedzieliśmy też
czy zapraszać rodziców czy nie, a mając takie dziecko jakie mamy (że nie
zostanie nigdzie samo), chcieliśmy być elastyczni i tolerancyjni i tę decyzję
zostawiliśmy (chyba niepotrzebnie) rodzicom.
Jednak jest to dziwna
sytuacja, bo poza jedną mamą wszystkich pozostałych nie znam. Tą jedną mamę
zaprosiliśmy od razu i jej pomoc i zdolności pedagogiczne baaardzo nam pomogły.
Ale.. nie o tym miało
być.
Po przybyciu 3
pierwszych gości nastąpił totalny Armagedon. Było tak głośno, że odbierając
domofon pozostałych gości zapraszałam słowami: dzień dobry, nic nie słyszę, ale
zapraszam, piętro 4.
Poprosiłam też babcię,
żeby jednak też została, bo Leonek nie wiedział co się dzieje (podobnie jak ja)
i chciał na rączki (ja też! :P).
I bardzo dobrze, że
została, bo nie wiem jak jeszcze Leonkiem był się miała zajmować.
Nie słyszałam własnych
myśli i chciało mi się płakać. Nikt mnie nie słuchał, a żeby cokolwiek było
słychać musiałam baaardzo bardzo głośno mówić i grozić, że zadzwonię po
rodziców, żeby ich zabrali do domu :)
Tort na dzień dobry
został podziurkowany przez zaciekawione place gości (którzy myśleli, że to
prawdziwy tablet gigant i chcieli sobie ponaciskać).
Zimnych ogni nie
było, bo przed imprezą chciałam pokazać je moich dwóm łobuzom no i
Ksawkowi odprysnął kawałek na rękę i Go poparzyło, zaczął płakać i rzucił
ogniem i spalił nam dywanik w łazience (co za w ogóle chała z tym gadaniem, że
to zimne i nie parzą…:/).
Konkursy musieliśmy
zastosować od razu, bo inaczej chyba byśmy oszaleli.
Na szczęście było
ogromne zainteresowanie konkurencjami. Uff.
To były jedne z
najdłuższych dwóch godzin i wcale nie zleciały szybko.
Potem jeszcze rodzice
przychodzili (Ci co nie zostali już na początku) i zostawali, żeby zobaczyć jak
dzieci się bawią. Z 2 godzin zrobiło się prawie 4 licząc też z półgodzinną"zaskoczkę" przed imprezą,
kiedy domofon zadzwonił po raz pierwszy…
Ksawery okazał się
równie nieznośnym łobuzem, gorąco zachęcał kolegów do robienia mi na złość. Bardzo
miło było Go widzieć szczęśliwego i rozbrykanego :):)
Widać też, że chłopcy
są bardzo zgrani i że się lubią i to był miód na moje serce.
Ksawuś dostał kolejną
górę prezentów od kolegów i piękne życzenia od niektórych.
Jeden kolega napisał
sam bez pomocy mamy takie oto cudo wzruszające (dla mnie):
Ogólnie to okazało się,
że jeszcze nikt nie odważył się na organizację urodzin, no ale teraz wszyscy deklarowali,
że będą i że Ksawery jest zaproszony.
Żałuję, że z tego
wszystkiego nie zrobiłam żadnego filmiku z przyjęcia, a i zdjęcia jakieś
kiepskie wyszły. Wszyscy chyba byliśmy oszołomieni.
Na koniec przyznam, że
było to wielkie wyzwanie i nie wiem czy dam radę za rok.
Ale z drugiej strony,
czego się nie robi dla własnego dziecka i Jego uśmiechu …:):):)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz