Moja lista blogów

niedziela, 17 stycznia 2016

Urodzinowe przyjęcia



W tym roku Ksawery 3 x dmuchał świeczki:
W dniu urodzin 29 grudnia, w dniu przyjęcia dla rodziny, oraz tydzień później dla kolegów z przedszkola.
Obie imprezy były bardzo miłe, aczkolwiek ta pierwsza dużo spokojniejsza :)
Ksawery dostał po prostu górę prezentów.
Byli: babcia Krysia z dziadkiem Zbyszkiem, ciocia Marta z wujkiem Miśkiem i wujek-tata chrzestny Wojtek.




Na przyjęcie dla kolegów Ksawery przygotował samodzielnie zaproszenia.
Zaprosił 6 kolegów i wszyscy przyszli :)
Byli: Tomek, Max, Przemek, Oskar, Staś, Kacper, Ksawery no i Leonek (który również otrzymał pisemne zaproszenie od brata i to był pomysł Ksawusia).


Dziewczyn nie było, bo tylko jedną Ksawek lubi najbardziej, ale ponieważ powiedziałam Mu, że trzeba zaprosić też koleżankę tej koleżanki, żeby nie czuła się źle, okazało się, że tej drugiej to Ksawek nie lubi no i sprawa się rozwiązała sama.
My z Tatą przygotowaliśmy kilka konkursów w razie W, a babcia bardzo nam pomogła kulinarnie i organizacyjnie (ja byłam w pracy dłużej niż miałam być…).
Nasza impreza urodzinowa była pierwszą z pierwszych i w ogóle nie wiedzieliśmy jak się za to zabrać, wiele kwestii budziło nasze wątpliwości.
Na początku myśleliśmy o wynajęciu jakiejś Sali, ale ceny oraz zdecydowany sprzeciw Solenizanta szybko nam to wybił z głowy, tak więc pozostało nasze 40m2.
Moje obawy podsycał fakt, że wszyscy koledzy poza jednym, raczej nie należą do spokojnych, a raczej do tych, z którymi same panie w przedszkolu średnio sobie radzą na różnych występach publicznych;)
Po rozmowach telefonicznych odbytych z każdą mamą miałam nie mniejsze lęki :P
Nie wiedzieliśmy też czy zapraszać rodziców czy nie, a mając takie dziecko jakie mamy (że nie zostanie nigdzie samo), chcieliśmy być elastyczni i tolerancyjni i tę decyzję zostawiliśmy (chyba niepotrzebnie) rodzicom.
Jednak jest to dziwna sytuacja, bo poza jedną mamą wszystkich pozostałych nie znam. Tą jedną mamę zaprosiliśmy od razu i jej pomoc i zdolności pedagogiczne baaardzo nam pomogły.
Ale.. nie o tym miało być.
Po przybyciu 3 pierwszych gości nastąpił totalny Armagedon. Było tak głośno, że odbierając domofon pozostałych gości zapraszałam słowami: dzień dobry, nic nie słyszę, ale zapraszam, piętro 4.
Poprosiłam też babcię, żeby jednak też została, bo Leonek nie wiedział co się dzieje (podobnie jak ja)  i chciał na rączki (ja też! :P).
I bardzo dobrze, że została, bo nie wiem jak jeszcze Leonkiem był się miała zajmować.
Nie słyszałam własnych myśli i chciało mi się płakać. Nikt mnie nie słuchał, a żeby cokolwiek było słychać musiałam baaardzo bardzo głośno mówić i grozić, że zadzwonię po rodziców, żeby ich zabrali do domu :)
Tort na dzień dobry został podziurkowany przez zaciekawione place gości (którzy myśleli, że to prawdziwy tablet gigant i chcieli sobie ponaciskać).
Zimnych ogni nie było, bo przed imprezą chciałam pokazać je moich dwóm łobuzom   no i Ksawkowi odprysnął kawałek na rękę i Go poparzyło, zaczął płakać i rzucił ogniem i spalił nam dywanik w łazience (co za w ogóle chała z tym gadaniem, że to zimne i nie parzą…:/).
Konkursy musieliśmy zastosować od razu, bo inaczej chyba byśmy oszaleli.
Na szczęście było ogromne zainteresowanie konkurencjami. Uff.
To były jedne z najdłuższych dwóch godzin i wcale nie zleciały szybko.
Potem jeszcze rodzice przychodzili (Ci co nie zostali już na początku) i zostawali, żeby zobaczyć jak dzieci się bawią. Z 2 godzin zrobiło się prawie 4 licząc też z półgodzinną"zaskoczkę" przed imprezą, kiedy domofon zadzwonił po raz pierwszy…
Ksawery okazał się równie nieznośnym łobuzem, gorąco zachęcał kolegów do robienia mi na złość. Bardzo miło było Go widzieć szczęśliwego i rozbrykanego :):)
Widać też, że chłopcy są bardzo zgrani i że się lubią i to był miód na moje serce.
Ksawuś dostał kolejną górę prezentów od kolegów i piękne życzenia od niektórych.



Jeden kolega napisał sam bez pomocy mamy takie oto cudo wzruszające (dla mnie):

Ogólnie to okazało się, że jeszcze nikt nie odważył się na organizację urodzin, no ale teraz wszyscy deklarowali, że będą i że Ksawery jest zaproszony.
Żałuję, że z tego wszystkiego nie zrobiłam żadnego filmiku z przyjęcia, a i zdjęcia jakieś kiepskie wyszły. Wszyscy chyba byliśmy oszołomieni.
Na koniec przyznam, że było to wielkie wyzwanie i nie wiem czy dam radę za rok.
Ale z drugiej strony, czego się nie robi dla własnego dziecka i Jego uśmiechu …:):):)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz