Muzeum Inżynierii
Miejskiej
Fajna atrakcja dla chłopaków
małych i dużych.
Najbardziej nietypowa
jak dla mnie to możliwość mazania przez chłopaków pisakami po starym Żuku i
trąbienie klaksonem w tirze etc.
Po wizycie w muzeum
poszliśmy coś zjeść i okazało się, że na Kazimierzu, gdzie się zresztą
wychowałam i mieszkałam 20 lat, jest teraz jakiś boom na mobilne budki z
jedzeniem, modne slow foody były wszędzie.
Zjedliśmy frytki
belgijskie – bez szału, sosy były ok., Ksawek jadł naleśnika z nutellą i był
zachwycony, Leo spróbował 2 frytki, ale potem już rzucał ptaszkom i pieskom :)
Wracamy do auta, a
Leonek nagle płacz i woła, że on tam chce iść – pytam: chcesz iść na spacerek?!
Leo żałośnie – TJAAAK! No i poszliśmy.
To było niesamowite.
Tego mi było trzeba. Spacer, przypadkowy, powolny, nieplanowany, zaskakujący…
Połaziliśmy po starych
kątach, po starych kamienicach bez domofonów, po kostkach brukowych, po
chodnikach mojego dzieciństwa.
Zaczęło kropić, więc
ludzi było mniej. Przypadkiem też trafiliśmy na koncert, na którym nie mieli
klatek dla dzieci (żart) więc z powodu uprzejmej cykliczności wydarzenia chyba
się wybierzemy z mężem na kolejny koncert 10.10 jeśli uda nam się sprzedać
dzieci na 2 godziny.
Niby rzecz prosta, ale
u nas – nie ma chętnych, trzeba siłą. Zobaczymy, na razie nie nastawiam się specjalnie.
Wracając ze spaceru
spotkaliśmy dziadka, ciocię i wujka, więc zrobiliśmy kolejny raz kółeczko po Kaziku
i wylądowaliśmy na burgerach z wozu – pyszne! Mimo, że wtedy nie dałam rady
zjeść nawet połowy to wróciłam tam przedwczoraj i jestem zachwycona
Rumburakiem.
To był miły dzień.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz