Są takie dni jak dziś, że mam żal do losu, oto jaki jest.
Byłam raz w życiu, 7
może 8 lat temu, z własnym mężem w kinie. W teatrze nie było okazji być
wspólnie.
Ja wychodzę do pracy po
7:00 i wracam na kolację.
Mąż siedzi z dwójką
dzieci, gotuje im, karmi, wychodzi na spacery a w międzyczasie usiłuje
pracować.
Praca wymaga skupienia
i koncentracji, a tu skup się człowieku kiedy dwa małe bąki latają po
mieszkaniu, drą się, tłuką i sikają po dywanie i wybrzydzają na non stopie i i
tak nic nie jedzą…
Ja z kolei mam pracę
biurową, gdzie poziom sztywności i stresu jest większy niż bywał.
Wieczorem jak już uda
się uśpić dzieci (ok.21.30) to zanim człowiek skoczy na szybki prysznic
Starszak już jest w naszym łóżku i go razi światło, a młody zaczyna swoje co 30
minutowe pobudki na soczek…
I żeby jeszcze jakieś
kokosy zarabiać, pozwalać sobie na luksus czy jakieś fanaberie.
Nic. Przestałam nawet
już marzyć o większym mieszkaniu…
Jesteśmy zmęczeni
życiem.
Od wczoraj obaj chłopcy
mają katar, do tego pogoda jest jaka jest, a ja się zastanawiam, kto będzie
odbierał Ksawusia z przedszkola jeśli u Leona rozwinie się jakiś wirus.
Nie stać nas na nianie,
znajomych i rodziny w tej kwestii nie ma co brać pod uwagę i dlatego dziś mam
żal do losu, bo mogłoby by być inaczej…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz