Moja lista blogów

środa, 24 sierpnia 2016

O naszych wakacjach słów kilka

Na ten wyjazd czekaliśmy pół roku.
Długi czas czytania, planowania, przygotowań.
Potem na kilka dni przed wyjazdem sporo kłopotów, których kumulacja nastąpiła w środku nocy na terenie Czech - auto zostało nagle bez zasilania, przestało działać wszystko łącznie z hamulcem ręcznym (elektronika), wspomaganie, bagażnik (brak możliwości postawienia trójkąta).
Staliśmy na środku autostrady, ciemno, noc a my w ogóle na jakimś moście a w dole przepaść. Sytuacja była nieciekawa. Potem policja czeska, laweta i inne takie.
Nasz mechanik - znowu znajomy, zapomniał dokręcić śrubkę a my mogliśmy zginąć.
Mechanik, który nas naprawiał w Czechach powiedział, że gdyby się to stało kilkanaście km dalej w tunelu to byśmy nie przeżyli.
Gdybym wiedziała, że na tej trasie jest tyle tuneli nigdy przenigdy bym nie podjęła decyzji o kontynuowaniu drogi na wakacje.
Potem kłopoty nas nie opuszczały.
Ze zmęczenia zmieniliśmy plany i wykupiliśmy jednak winietę na Słowenię (18 eur za godzinę może dwie przyjemności...) i trafiliśmy na remont i kosmiczny korek na przejściu SLOV-HR, o mały włos a skończyłoby nam się paliwo.
Po 24 godzinach dotarliśmy na miejsce tracąc już pierwszą dobę wakacji :(
Kilka minut później Leon przewrócił się w łazience na tyle niefortunnie, że naderwał sobie ucho, krew się lała, a ja ... całą noc jeszcze mną telepało.
Pod koniec pobytu ja sama osobiście utopiłam swojego nikona - jest do wyrzucenia razem  obiektywem. Cieszyć się mogę jedynie z faktu, że w sumie to dziwne, ale na szczęście podczas upadku sama nie zrobiłam sobie krzywdy.
Na szczęście udało się jakoś odzyskać chęć do przeżycia tych wakacji najlepiej jak to możliwe.
Z naszego 10 dniowego wyjazdu zrobił się tydzień, ale i tak warto było.
Teraz trochę pozytywniej.

Trafiliśmy na przesympatyczną (w przeciwieńswie do zeszłorocznych Węgrów) rodzinę, mieszkaliśmy w pięknym miejscu wśród gór, lasów, pól i krystalicznego morza.
Było sielsko, wiejsko i słonecznie.
Mieliśmy do dyspozycji całą górę domu plus ogromny ogród wokół - pola lawendowe, gaj oliwny, rabatki, palmy, hamak, kamienna "piwniczka" z grillem i przepiękine widoki m.in. na masyw Ucka.
Mieszkaliśmy kilka km od centrum starego średniowiecznego miasteczka Labin i kilka km do malowniczanych plaż.
Może nie udało nam się zrealizować całego planu zwiedzania, ale sporo jednak się udało.
Wnętrze półwyspu jest niezwykle urokliwe i pełne historii i cudownej roślinności.
Stare weneckie miasteczka kusiły swoim urokiem niemal na każdym z mijanych wzgórz.
Najbardziej utkwiło nam jedno, o którym nigdzie nie ma żadnych informacji, ani w przewodnikach ani w internecie i byliśmy tam sami. Tylko my i stare mury Gračišće.
Zwiedziliśmy Motovun - kulinarną stolicę Istrii, słynącą z trufli i oliwy.
Akurat tam ludzi było tak dużo, że dla nas zostało tylko miejsce parkingowe na samym dole wysokiego wgórza i w strasznym upale wspinaliśmy się na szczyt.
Nie skradło jednak naszych serc.
Miejsce niezwykłe to Groznjan, niedaleko granicy ze Słowenią, miasto artystów, galerii, sztuki, muzyki.
Mieszkańców ma niewielu, za to w przewadze są to włosi.
Piękne miasteczko, na prawdę wyjątkowe. Bajkowe, momentami niewyobrażalnie magiczne.
Każdy zaułek zachwycał czymś innym.Do miasta prowadzi droga nieutwardzona, do góry i do góry i do góry,  kto ma auto terenowe ten szczęściarz ;)
Byliśmy też w antycznej Puli - największe miasto Istrii, ale też jakoś, jakby to powiedzieć ładnie ;) bez szału.
Trzeba trochę się nachodzić, żeby ten antyk zobaczyć.
Z Puli mieliśmy płynąć do Parku Narodowego Brijuni, ale nie było czasu.
Pojechaliśmy za to na okoliczny przylądek Kamenjak do Parku Krajobrazowego o tej samej nazwie.
Cudna flora opisywana jako fenomen, widoczny czerwony kolor ziemi (jeden z kolorów Istrii), jeżowce, koralowce, zatoczki, endemity, ale jednak nie rzuciło mnie aż tak na kolana jak się spodziewałam. Ogrom aut, kurzu i ludzi mnie wkurzał.
Dzikie plaże - chyba trzeba mocno szukać i to pieszo, ewentualnie rowerem.
Najbardziej pozytywnie zaskoczył mnie Bar Safari - totalnie nietuzinkowy.
Bar ukryty w gąszczach przerośniętej kukurydzy :) labirynty zielonych korytarzy i różniaste atrakcje dla dzieci  i nie tylko :) a wszystko z pięknym widokiem na "koniec świata" (bo jest to najdalszy zakątek południowy Istrii), już pal licho tłumy tutaj. Miejsce warte zobaczenia i wypicia lemoniady.
Miejscowość nadmorska, która jest najbliżej Labin to Rabac.
Typowo turystyczny kurort.
Tłumy, jachty, łódki, knajpy, reklamy, hałas, brak miejsc parkingowych.
Nic specjalnego.
Ładne plaże w zatoczkach, ale małe, więc na jednej zazwyczaj plażowało ok. 5 rodzin.
Raz musieliśmy czekać na górze na deptaku,  aż ktoś się spakuje i zwolni miejsce.
Za Rabacem głównym była plaża Girandella - malownicza, położona pomiędzy białymi skałami, trudno dostępna.
Woda cudna, krystalicznie czysta i pełna ryb.

Kilka luźnych uwag na podstawie obserwacji :)
Zasolenie - ogromne, mnie osobiście robiło się niedobrze kiedy po wyjściu z wody woda spływała mi m.in. po ustach.
Nurkowanie - kompletnie mnie nie kręci, Tatę owszem, ja dziękuję.
Woda była zimna, a przynajmniej zimniejsza niż się wszyscy spodziewaliśmy.
Cykady - jak się już człowiek przyzwyczai, to potem brakuje tego trzeszczenia :)
Podobno im cieplej tym głośniej cykają.
Cyprysy - wszędzie - zupełnie jak w Toskanii.
Krajobraz Istrii w ogóle przypomina włoskie klimaty, Istria nazywana jest w niektórych przewodnikach "Chorwacką Toskanią".
Lidl - jest wszędzie, ale nie ma serków homo, mrożonych zup i bułek maślanych, które by nam się przydały.

Poruszanie się autem - do naszej części Labin (Ripenda Verbanci) prowadziła wąziutka kręta droga w górę. Z niej był ostry skręt na posesję + wysoki murek po obu stronach wjazdu - trzeba być chorwackim kierowcą, żeby się na luzie poruszać po tych drogach :) Oni jeżdżą szybko i nie przejmują się, że wąsko, do tego jeżdżą bez świateł.
Na Istrii jest też tak, że na mapie odległości są nie wielkie, ale zatoczki, tunele itp. powodują, że czas dotarcia do danej miejscowości wydłuża się 3 lub 4 x.
Szukanie miejsca parkingowego to prawdziwa męka. Jeśli cokolwiek się znajdzie to ja osobiście nie umiałabym zaparkować np. miejsce na malucha i pod kątem 40 stopni, lub tuż nad przepaścią.
Ludzie parkowali nawet wzdłuż trasy biegnącej nad morzem i po 2-3 auta zatrzymywały się na słowo honoru na maleńkim skrawku trawy i schodzili w dół do plaż, o których zwykły turysta jak my nie miał pojęcia.
Do dziś nie wiem jak oni tam schodzą :)
Parkingi też wszędzie są płatne. Nie jak nad morzem, że jedziemy  i zatrzymujemy się "gdzieś" tam gdzie nie ma aut i ludzi i idziemy na pustą plażę - tam nie ma pustych parkingów i pustych plaż.

Siesta - funkcjonuje w mniejszych sklepach.

Polaków na Istrii nie jest dużo. W zasadzie to spotykaliśmy ich sporadycznie.
Dużo niemców, austriaków i ukraińców.

Okulary - złamały mi się okulary w pierwszy dzień. Nowe zresztą już trzecie w tym sezonie.
Myślałam, że kupno nowych będzie tak łatwe jak w Polsce - bardzo się myliłam.
Nigdzie nie było stoisk z okularami. W końcu dotarłam do czegoś a la Rossmann, nazywa się to Konzum i tam było dosłownie kilka sztuk, kupiłam takie, które są źle w ogóle skonstruowane odbijają światło od środka i nic nie widzę :).
Stoiska z okularami były dopiero w Puli, większość Ray Ban, po cenach sądząc raczej nie oryginalne ;)


McDonalds - tutaj małe zaskoczenie - wszystkie po drodze "maki" z płatną toaletą (0,5 EUR) i nie pod szyldem takim jak w Polsce tylko z jakimś kółkiem "my burger" czy jakoś tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz