Po weekendzie w domu
wszystko mnie boli. Jestem tak zmęczona psychicznie, że już marzę o tym, żeby
wstać po 5:00 rano i raźnie dreptać na przystanek do pracy.
Nasz pięciolatek jest
niereformowalny i sukcesywnie nas zadręcza do śmierci lub obłędu.
Codziennie, każdego
dnia, kilka razy dziennie odbywa się w naszym domu scena pt. „posiłek”.
My nie mamy już na to
siły, czasu, pomysłu, więc są walki, krzyki, szantaże, kary i tak w koło
Macieju.
A ten albo nie je
tydzień albo je, ale teraz już tylko z karmieniem bo „jak mnie nie pokarmisz to
nic nie zjem” lub z tysiącem codziennych rytualnych pytań: ile muszę jeszcze
zjeść, nie zjem 20 łyżek! Zjem najwyżej 5! Zimne, nie zjem, za gorące, makaron
za długi, zupa nie słodka (nadal myli mu się z solą), a jak zjem to dostanę
telefon, a jak nie zjem to przez ile nie będę miał radia, a ile mam zjeść, żeby
dostać biszkopta, a w przypadku odmówienia karmienia i nałożenia kary w postaci
wyproszenia Go do swojego pokoju jest godzinny ring, wybieg dla dzikich
zwierząt tj. kopanie w drzwi, ściany, piski, krzyki, bicie we wszystko czym
popadnie i to trwa z godzinę. I tak codziennie.
Do kolejnego posiłku.
Gdyby mi się finansowo
opłacało, to brałabym nadgodziny w weekendy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz